POLSKI NOWOZELANDCZYK
autor John Roy-Wojciechowski i Allan Parker
(Format 15,5 x 23, 288 str.) ISBN: 83-89263-22-X Wspomnienia
polskiego Nowozelandczyka
Mówimy, że ktoś ma szczęście w
nieszczęściu. Do takich osób na pewno należy konsul
honorowy Rzeczpospolitej Polskiej w Nowej Zelandii, Jan Roy-Wojciechowski: jako
kilkuletni chłopiec zesłaniec syberyjski z całą tragedią tego zesłania, a później
bodajże najbogatszy Polak w Nowej Zelandii. ...
Wspólnie uzgodniony przez
Hitlera i Stalina zbrojny napad Niemiec hitlerowskich i Związku Sowieckiego na
Polskę we wrześniu 1939 roku i w jego wyniku nowy rozbiór naszego kraju przez
te państwa przyniósł ze sobą największą tragedię dla Polaków w ich ponad 1000-letnich
dziejach. Związek Sowiecki
podbił i zaanektował wówczas wschodnie tereny państwa polskiego, które Kreml postanowił
zdepolonizować poprzez eksterminację tamtejszych Polaków. Temu celowi miała służyć
m.in. deportacja w głąb ZSRR kilku milionów Polaków. Do czerwca 1941 roku sowieci
wysiedlili na Sybir ok. jednego miliona etnicznych Polaków. Deportowano całe rodziny,
a więc także dzieci. Wśród
tych dzieci był m.in. Janek Wojciechowski, znany dzisiaj jako John Roy lub John
Roy-Wojciechowski. Janek
miał wszystkiego tylko sześć lat, kiedy czerwona i krwiożercza dzicz sowiecka
pod przewodem "ojca ludu" - krwawego Józefa Stalina napadła na wschodnią
Polskę. Zagrabiono m.in. Polesie, na którym był dom rodzinny małego Janka.
10 lutego 1940 roku rodzina
Janka, mieszkająca w osadzie wojskowej Ostrówki koło Drohiczyna Poleskiego (dziś
Białoruś), wraz z 250 000 innymi Polakami z Ziem Wschodnich, została wepchnięta
do bydlęcego wagonu i wywieziona do obozu pracy na rosyjskiej dalekiej północy
(obwód archangielski) - do wyrębu lasu. W głąb Rosji Janek został wywieziony wraz
z matką, starszym bratem i trzema siostrami. Ojca - Józefa, osadnika wojskowego,
nagrodzonego przydziałem ziemi przez rząd polski za udział w wojnie z bolszewikami,
NKWD-yści aresztowali jak przyszli zsyłać rodzinę na Sybir i później rozstrzelali.
W ciężkich syberyjskich warunkach, które znaczyły głód i zimno oraz niewolniczą
pracę, Janek z rodziną spędził 18 miesięcy. Uwolniła ich z Gułagu umowa Sikorski-Majski,
która miała miejsce po napadzie Niemiec na Związek Sowiecki w czerwcu 1941 roku,
a utworzone w Rosji Wojsko Polskie pod dowództwem gen. Władysława Andersa umożliwiło
im opuszczenie w 1942 roku sowieckiego Domu Niewoli - udanie się do Iranu. Matka
- Helena - była jednak tak ciężko chora na gruźlicę, że po przyjeździe do Iranu,
zmarła w szpitalu. Janek miał wówczas tylko 9 lat. W 1944 roku rząd Nowej Zelandii
postanowił zaopiekować się kilkuset dziećmi polskimi na czas wojny. W gronie 733
dzieci przyjętych przez Nową Zelandię znalazł się również Janek. Przyjechał tu
wraz z dwiema siostrami. Starsza siostra została w Iranie, a brat poszedł do Wojska
Polskiego na Zachodzie i był lotnikiem. Okres
przedwojenny i sowieckiej poniewierki Janka omawiają jego wspomnienia zatytułowane
"Polski Nowozelandczyk. Nadzwyczajna historia życia dziecka z Polesia",
której polskie wydanie ukazało się niedawno w Lublinie (2006), w tłumaczeniu Aleksandry
Wronowskiej. Książka napisana wspólnie z Allan Parker ukazała się po angielsku
w Auckland w 2004 roku pod tytułem "A strange outcome. Remarkable Survival
Story of a Polish Child", nakładem znanego wydawnictwa Penguin Books.
Z okresu przedwojennego autor
zapamiętał po dziś dzień sielsko-anielskie życie na Polesiu w gronie rodzinnym,
jak np. Boże Narodzenie, imieniny i dożynki oraz jazdę bryczką co niedzielę do
kościoła katolickiego w Popinie. W
domu państwa Wojciechowskich był radioodbiornik. Nie wiem czy pan Jan pamięta
bardzo popularną przed samą wojną melancholijną piosenkę "Polesia czar".
Może nie, ale musiał ją słyszeć i to nie raz. Miała ona melodię, którą się pamięta,
nawet jak się jej, że tak powiem oficjalnie nie pamięta. Gdzieś tam jest w człowieku
na zawsze zakodowana. Ja usłyszałem ją po raz pierwszy w 1964 roku i po dziś dzień
pamiętam jej melodię, a nawet i pierwszą zwrotkę. To może i ona wzbudza dodatkowo
tęsknotę Autora do kraju lat dziecinnych. Z
późniejszych lat Janek zapamiętał druty kolczaste, różne kraty i ogrodzenia, a
przede wszystkim przeraźliwe zimno na północy i palący upał centralnej Azji, ciemne
syberyjskie puszcze, ogołocone pustynie, głód, brud - pchły i wszy, choroby, no
i oczywiście najdotkliwsze tragedie - utratę ojca i śmieć matki. Jako mały chłopiec
został sierotą. To wszystko sprezentował mu Stalin i jego komunizm z piekła rodem.
Ten temat jest również obszernie omawiany w książce. Trzecim
tematem wspomnień to życie w Nowej Zelandii, które miało trwać tylko do zakończenia
wojny, a stało się, przez zniewolenie Polski przez Związek Sowiecki w 1945 roku,
ostatnim etapem podróży autora. Nowa Zelandia stała się nową ojczyzną Janka-Jana
Roy-Wojciechowskiego. Był
on najpierw w obozie polskich dzieci w Pahiatua, a potem w szkołach nowozelandzkich,
aby wreszcie stanąć zupełnie na własnych nogach. Przez wykształcenie, pracowitość
i różnego rodzaju wyrzeczenia Jan albo John Roy-Wojciechowski zaszedł daleko -
osiągnął bardzo wiele. Stał się prawdopodobnie najbogatszym, najbardziej znanym
i prawdopodobnie najbardziej zasłużonym Polakiem w Nowej Zelandii. Sam siebie
uważa za Polaka i Nowozelandczyka. Bo jak nie kochać kraj - swoją drugą ojczyznę,
której tyle zawdzięcza. Tu nie tylko zrobił pieniądze, które nie zawsze dają człowiekowi
szczęście. Tutaj również założył swoją rodzinę - ożenił się z Nowozelandką Valerie
(Walerią) i w ojczyźnie kiwi przyszło na świat jego sześcioro dzieci: Karen, Ellen,
Steven, Alexander, Gregory, Lawrence. John
Roy-Wojciechowski do swego sukcesu życiowego dochodził powoli. Bo ciężką pracą
majątek zdobywa się właśnie powoli. Ale przez to jest on znacznie bardziej trwały.
W latach 1968-80 był dyrektorem Atlas Majestic Industries Ltd. w Auckland, w latach
1981-94 dyrektorem wykonawczym, następnie prezesem Mair Astley Holdings Ltd. w
Auckland i na koniec, w latach 1982-94 głównym dyrektorem dużej nowozelandzkiej
firmy budowlanej Mainzeal Group Ltd. Roy-Wojciechowski
udzielał się również społecznie. Był m.in. przewodniczącym Star of the Sea Heritage
Trust, Howick Building Owners Association i przewodniczącym Eastern City Association
Group of Howick. Od 1999 roku John Roy-Wojciechowski jest konsulem honorowym RP
w Auckland. Dzięki jego hojności na University of Auckland mogło powstać i działa
po dziś dzień Studium Kultury i Języka Polskiego. Zresztą Polonia nowozelandzka
wiele mu zawdzięcza. Nie żałował pieniędzy na cele polonijne, a szczególnie te,
które uznał za warte wsparcia finansowego. Jego "dzieckiem" jest Muzeum
Polskie w Auckland. Pomagał zorganizować się Polakom w Dunedin i wspierał finansowo
restauracje polskich pamiątek na Południowej Wyspie. Tak,
Jan Roy-Wojciechowski miał szczęście w nieszczęściu. Ale jestem pewny, że gdyby
miał do wyboru bogactwo, które osiągnął czy swoją ukochaną matkę, którą tak wcześnie
stracił, na pewno wybrałby matkę. Tym bardziej, że jego życie rodzinne w Nowej
Zelandii i ilość dzieci wskazują na to, jak ważną jest dla niego idea samej rodziny
i miłość rodzinna. Wspomnienia
Jana Roy-Wojciechowskiego czytałem z tym większym zainteresowaniem, że jego niedalekim
sąsiadem do lutego 1940 roku była matka mojej żony, która mieszkała w pobliskim
Janowie Poleskim, gdzie 16 maja 1657 roku kozacy ukraińscy zamordowali bestialsko
jezuitę - św. Andrzeja Bobolę. Książkę
polecam wszystkim tym, którym z autopsji nie jest obca tragedia Polaków podczas
II wojny światowej, szczególnie na Kresach lub którzy interesują się tym okresem
w dziejach Polski i w ogóle martyrologią narodu polskiego, jak również byłymi
polskimi Ziemiami Wschodnimi. Musimy dzisiaj bez nich żyć, bo są nieodwracalne
wydarzenia w historii narodów i zależy nam na dobrym współżyciu z sąsiadami. Jednak
nikt nie zaprzeczy temu faktowi, że Polska bez Ziem Wschodnich, a szczególnie
bez Lwowa i Wilna, a nawet i Polesia (to przecież ziemia rodzinna m. in. Tadeusza
Kościuszki i Romualda Traugutta, króla Stanisława Poniatowskiego czy Ryszarda
Kapuścińskiego) nie jest Polską w całym tego słowa znaczeniu. W
każdym bądź razie nie jest dla Jana Roy-Wojciechowskiego, dla którego Polesie
to nie tylko ziemia rodzinna, ale także do 1945 roku ziemia polska. Kocha on ją
tak mocno, jak kocha całą Polskę i swą przybraną ojczyznę - Nową Zelandię. Marian
Kałuski, Australia [
powrót ] |